Dobre witryny Nagrzewnice, Klimatyzacja
Odpędzał pokusę snu, podobnie jak smiertelnie znużony wędrowiec przełamuje sennosć w obliczu niebezpieczeństwa. Cóż z tego, że ciało omdlewa ze zmęczenia, głowa ciaży, a powieki same bezsilnie opadaja? Trzeba wiedzieć, kiedy można, kiedy wolno spać. Pozornie tak łatwo jest wymknać się nieprzyjacielowi. Zdawałoby się: można go zwiesć, zmylić slad. Pomiędzy wieczorem a najbliższym rankiem jakiż rozległy leży czas! Każdy krok u poczatku wyznacza inna drogę. Tysiac scieżek biegnie w głab nocy, niknacych, gdy swit zedrze ciemnosci. Ale na każdej wróg jest przy nas, cierpliwie, krok za krokiem dażac po naszym tropie. Spojrzeć mu prosto w oczy, nie zadrżeć, nie ugiać się przed jego zdobywcza siła, to jedno może ocalić. Ale jak wydrzeć z siebie zło, które w nas czai się zawsze wyczekujace, zawsze gotowe do skoku? Jak pochwycić wroga, który jest w naszej krwi i w naszych myslach? Ksiadz Siecheń klęczał, skrzyżowane ramiona wsparłszy o niski stołek. Pochylił głowę. Miał wrażenie, jakby mu barki ogromny ciężar przygniótł. Gdy zapada noc taka, jak dzisiaj, bez granic, wydaje się, że zło całego swiata scieka w serce czuwajacego. Dokoła, na bezmiernych obszarach, w niskich chatach wiejskich i dalej, w ludowych kamienicach uciszonych miast spia ludzie zmordowani dniem. Bezbronny tłum. Łatwa zdobycz. Któż spi snem sprawiedliwego? Dłonie, które jeszcze przed chwila chciwie sięgały po rozpustę i zysk, dygoca teraz niespokojnie, jak płomień przygnieciony popiołem. Nagie ciała dysza goraczkowo. Zwarte usta skryły kłamstwa i kuszace podszepty, powieki zamknęły popełnione i przyszłe zbrodnie. Gdzież sa mury mierzone trzcina złota? Wiatr szarpnał otwartym oknem. Okiennica uderzyła o szybę. Chlusnał deszcz. Ale proboszcz nie poruszył się. Jego oczy szeroko rozwarte zdawały się przebijać ciemnosć. Draża ja aż do przepastnego dna. Zwyciężaja przestrzeń. Czas stanał. I przez sekundę, która trwa wieki, wydaje się klęczacemu, że widzi wszystko, co dzieje się na swiecie aż po jego najodleglejsze krańce. Straszliwa chwila. To jest tak, jakby jakas zasłona spadła rozcięta nagle niewidzialna ręka, ukazujac grozna wizję. Oto ziemia niezmiernie ogromna, a jednoczesnie tak drobna, iż można ja ramieniem opasać, leży nieruchoma, scięta cisza: bezkresna, ruda pustynia, obszary zjeżone czarnymi kamieniami, zastygłe wody, lasy skamieniałe, miasta puste jak szkielety, a nad tym nieskończonym cmentarzyskiem niebo niskie i miedziane. Niebo, którego ciężar przygniata serca spiacych. Ludzie! Widać ich ciała pokotem rzucone na zeschła ziemię, jedno przy drugim, nagie i sine, niby nieskończony szereg umarłych. I nagle, jakby na jeden wielki głos rozcinajacy milczenie od wschodu do zachodu i od północy na południe, budza się wszyscy. Ale nikt nie zrywa się i nie spieszy posłusznie ku wezwaniu. Żadne wołanie mu nie odpowiada. Żaden szept ani ruch nie targna niewzruszonym spokojem. Piersi leżacych uderzone niebem zamarły. To tylko ich oczy szeroko rozwarte oddychaja smiertelna trwoga. Przerażeniem nie pozostawiajacym miejsca dla nadziei. - Jestem z wami! - szepce ksiadz Siecheń. Bo czyż nie pęta go niemoc ta sama, która wszystkim na ziemi każe w tej chwili konać, lecz nie pozwala umrzeć? Oto równosć, o której ludzie nie chca wiedzieć. Bogactwo staje się podobne łachmanom żebraka, władza kruszy się w porażonych dłoniach i jak próchno przesypuje przez palce. Ale gdy ranek przywróci ziemi jej kuszacy kształt, któż z żywych wyrzeknie się dobrowolnie złudnych przywilejów? Kiedyż wybije godzina sprawiedliwosci dla krzywdzonych i poniżanych? Tyle dokoła chciwosci, okrucieństw, tyle kłamstw i jadu nienawisci i pogardy, iż zdaje się, że nic nie zdoła zasklepić krwawiacych ran. Cóż może zmienić się? Tu choćby, na tym drobnym skrawku sedelnickiej ziemi. Dziedzic sedelnicki nie zrzeknie się bez przymusu swoich rozległych pól i lasów, jak drapieżne kleszcze opasujacych dokoła nędzne chłopskie zagrody. Grzegorz Litowka nie porzuci stręczycielstwa. Zabłakanej w dalekim miescie Oldze Kukiszów żaden głos nie podszepnie powrotu do rodziców. Młody Burak, kiedy wyjdzie z więzienia, znowu zacznie krasć. Kierownik poczty nie złagodzi serdeczniejszym słowem cierpień umierajacej żony. Fiodor Dubrowski, nienasycony swoja młodoscia, z lekkim sercem porzuci po miesiacu każda dziewczynę. Ileż ich jeszcze przyjdzie płaczacych na niego, jak przedtem przychodziły z żalami na Siemiona? A Siemion, któremu już tak niewiele chwil pozostało do życia... A Michas... Proboszcz zaciska dłonie. Gęste krople potu zwilżaja mu skronie. - Najlichszym z lichych jestem, Panie. Tamci nie znaja Cię, dlatego bładza. Ale mnie ukazałes się, jak wicher wstrzasnałes mna... Dałes wszystko. A cóż ja daję? Jakże nędzny jest plon minionych lat! Cóż uczynił dla ludzi, których mu powierzono? Nigdy nie umiał znalezć drogi do człowieka. A za to jak często i w jak wielu okolicznosciach czuł się intruzem. Tak rzadko udawało mu się przełamać bolesny i upokarzajacy mur, który odgradzał go od ludzi wtedy własnie, gdy chciał im siebie ofiarować. A jesli, zdarzało się, odnajdywał porozumienie, czyż było ono czyms więcej niż przelotnym błyskiem ukazujacym zaledwie w mglistym oddaleniu, jak ogromne musi być szczęscie, gdy zbudzi się zbłakana duszę z letargu i oczyszczona postawi przed Panem. Przeżył kilka takich olsnień Kiedy ocknał się z omdlenia i otworzył oczy, wydało mu się, że jest w więzieniu. Miał wrażenie, że leży na twardej pryczy, w ciasnej i niskiej celi, w głębi wyraznie zarysowało się małe, okratowane okno. Nie zaniepokoił się tym odkryciem. „Jest noc” - pomyslał tylko. Nawet go to nie zainteresowało, w jaki się tu sposób dostał. Zamknał z powrotem powieki i tak leżał dłuższa chwilę. Dopiero szum wiatru i głosy uswiadomiły mu pomyłkę. Od razu przypomniał sobie miniona godzinę, wszystko aż do ostatniego błysku przytomnosci. Cóż za historia! Lęki, widziadła, urojone rozmowy, goraczkowa maligna, stek chorobliwych bredni. Stwierdzał to jednak obojętnie, bez wzruszenia, jakby w tym wszystkim nie brał bezposredniego udziału, lecz pozostawał z daleka w roli widza. Czuł się zreszta teraz znacznie lepiej. Gdy usiadł, nie zakręciło mu się w głowie, minał również męczacy bezwład ciała, które chociaż dalekie od sprężystosci, pozwalało już przecież soba kierować. Pierwszych kilka ruchów wykonał sztywno i niepewnie, jakby był manekinem. Jeszcze nie dowierzał. Ale gdy wyprostował się i stanał na nogach, wstapiła w niego otucha. Nie bez złosliwej uciechy pomyslał o policjantach, których tak zręcznie umiał pozostawić poza soba. Wróciła mu i sprawnosć myslenia. Orientujac się według przebytej drogi, mógł przypuscić, iż według wszelkiego prawdopodobieństwa znajdował się gdzies w okolicy Wołkowyska. Przedostania się do miasta wolał nie ryzykować. Zaspokoić głód- to było obecnie najważniejsze. Nie czekajac na swit, postanowił natychmiast, korzystajac z osłony nocy, wyruszyć na poszukiwanie jakiejs wsi. Był pewny, że instynkt go nie omyli i dobrze poprowadzi. Wygramolił się z szałasu i poszedł w kierunku, w którym uczynił pierwszy krok. Przyzwyczajony do częstego przebywania w ciemnosciach, szybko oswoił się z terenem. Po zapachu mokradeł domyslił się, że idzie wzdłuż rzeki. Bór sosnowy w tym miejscu był wysoki i gęsty, lecz brak krzaków ułatwiał posuwanie się naprzód. Już po paru minutach Morawiec odróżniał ciężkie i twardo mrok żłobiace cienie pni. Wymijał je pewnie, ożywiony ruchem szedł coraz szybciej, ostry wiatr siekł go po twarzy, nie czuł jednak chłodu. Było mu lekko, prawie radosnie. Wsród tego wewnętrznego upojenia tracił chwilami swiadomosć, iż znajduje się w lesie. Wysokie szumy ogromnymi wodospadami raz po raz spływały na ziemię, i oto, jakby zapłodnione tym ożywczym deszczem, wyrastały nagle pod nogami puszyste trawy, wolna przestrzeń łak otwierała się dokoła, wiatr nastrajał ciało pospiesznym i szerokim oddechem. Wydało się Morawcowi, iż tylko patrzeć, a gwałtowniejszy podmuch spłynie snopem swiatła, rozewrze w górze ciemnosci i wielkie niebo nocy wstanie wysoko, pełne gwiazd wirujacych bezszelestnie: obszar bezkresny, pod którego bezpieczna osłona uspiona noc wolno toczy swoje pola, miasta, lasy i rzeki. Kilka razy zawadzał o wystajace korzenie, tracił równowagę, lecz machinalnie wyprostowywał się i szedł dalej nie zauważajac nawet potknięć. Coraz wyrazniej zdawał sobie sprawę, że musi się spieszyć i ani na chwilę nie wolno mu zatrzymać się i odpoczać. Miał niejasna, lecz uporczywa pewnosć, że gdyby teraz przystanał - natychmiast wszystko by się odmieniło. Znajdował się w stanie podobnym do marzenia półsennego, kiedy przeżywa się powiewne obrazy pełne napięcia nerwów, lecz wie się jednoczesnie, iż obok, jakby o krok, stoi i czeka inna rzeczywistosć i tylko nieznaczny ruch wystarczy nieuważnie w jej kierunku uczynić, aby jak wirom rzeki pozwolić się jej wciagnać. Poczał go ogarniać niepokój. Było mu coraz goręcej, palto zapięte pod szyję utrudniało oddech. Rozpiał je więc, odwinał szalik, czapkę zsunał z czoła. Nagle poczuł, że grunt pod nogami staje się miękki. Zrobił jeszcze kilka kroków: ziemia wyraznie uginała się. „Bagna!” - przemknęło mu przez głowę. Skręcił raptownie w bok, rzucił się całym ciałem, ale ledwie dotknał nogami ziemi, uswiadomił sobie, iż szybko zapada się w grzaskie mokradło. Instynktownie wyciagnał przed siebie ramiona. Nie znalazł żadnego oparcia, powietrze wymknęło mu się z dłoni jak oslizła ryba, szarpnał się, chciał się podzwignać, uwolnić nogi oblepione już po kolana gęsta mazia. Gdy wyprężył aż do bólu muskuły pleców i już się zamierzał poderwać do rozpaczliwego skoku, zawirowało mu w głowie, a w górze wysoko ponad soba, jakby w przelocie, ujrzał czarne, łopoczace skrzydła sosen. Jednoczesnie mdły odór bagniska uderzył go w nozdrza, pod palcami poczuł lepka wilgoć. Krzyknał. Już się nie zastanawiał nad celowoscia ruchów. Jak zwierzę osaczone w lesnym ostępie szamotał się slepo, bił rękoma przed siebie. Grzęznał przecież w mokradło coraz głębiej. Już do pasa się zanurzył i ciagle jeszcze nie czuł pod stopami oparcia: przepasć rozwierała się powoli, wchłaniała szarpiace się ciało bezszelestnie. Chciał jeszcze raz krzyknać, wołać pomocy. Ale strach i obrzydzenie zdławiły mu gardło. Usłyszał jedynie stłumione rzężenie, nieporadny, chrapliwy bełkot człowieka, który dusi się. „Koniec” - pomyslał. Nie czuł żalu, że umiera. Ogarnęła go tylko zaciekła nienawisć do podobnego końca, do smierci tak przypadkowej, bezsilnej i wstrętnej. Zdawał sobie sprawę, że przytomnosć nie opusci go do ostatniej chwili. Będzie działał nawet wówczas, gdy błoto zacznie mu się wdzierać do ust, zalewać uszy, potem nos, wreszcie oczy. Wzdrygnał się. Znów usunał się głębiej. Woń zgnilizny, ciężka i duszna, przyprawiała go o mdłosci. Była cisza. Wiatr zatrzymał się gdzies ponad lasem. Tylko rozbudzone bagno dawało o sobie znać głuchym bulgotem. W pobliżu, może z odległosci kilkudziesięciu kroków, krzyknał jakis ptak. Natychmiast drugi odpowiedział z daleka. Dzikie kaczki. Morawiec nie ruszał się. Odzyskał równowagę, stał wyprostowany, z dłońmi lekko wzniesionymi. Było dokoła tak ciemno, iż wzrok na próżno szukał jakiegokolwiek punktu oparcia. Cóż? Zanim godzina przedswitu rozjasni mrok, będzie już po wszystkim. Nikt nawet nie domysli się, co się tu wydarzyło pewnej nocy. Za kilka tygodni mrozy zetna mokradła, spadnie snieg... Pomyslał, że najlepiej uczyni przyspieszajac koniec. Im prędzej, tym lepiej. Przechylił się więc, ale zanim wykonał zamierzony ruch, wydało mu się, że nogami oparł się wreszcie o pewny grunt. Było jednak za pózno. Nie zdołał już opanować rozpędu, który sam wywołał, gwałtowne szarpnięcie celem utrzymania równowagi spózniło się o ułamek sekundy i Morawiec zesliznał się na bok. Upadł na prawa stronę, dławiacy chłód dosięgnał mu piersi, ogarnał ramię. Wtedy zaczał krzyczeć. Ksiadz Siecheń usłyszał już pierwsze wołanie Morawca. Dobiegło go z daleka. Natychmiast zatrzymał się. Głos przyszedł od strony Zelwianki. Czyżby ktos zabładził? Proboszcz skręcił ze scieżki i zaczał pospiesznie isć na przełaj lasem. Po gruncie opadajacym ku dołowi lekka pochyłoscia poznał, że rzeka musiała przepływać niedaleko. Zwolnił więc kroku, wiedzac, że w tej częsci lasu zdradzieckie bagna ciagnęły się na znacznej przestrzeni. Wiatr, wciskajacy pomiędzy drzewa zgęszczony zapach wilgoci, wskazywał na bliskosć mokradeł. Wołanie nie powtórzyło się. Ksiadz Siecheń przystawał kilka razy, nic jednak nie słyszał, była cisza, nawet szum sosen popłynał góra stłumiony. Sadzac, że uległ złudzeniu, zamierzał zawrócić, gdy nagle w odległosci kilkudziesięciu najwyżej kroków rozległ się przejmujacy krzyk, głos mężczyzny gwałtownie na pełnym oddechu wyrzucony, wibrujacy przerażeniem, wołanie, które zrazu wydało się krótkie, lecz zanim się urwało, przeszło w przeciagły skowyt, rozdzierajacy, obłakany ryk. Ksiadz Siecheń zadrżał. Podobnie krzyczacych ludzi słyszał w czasie wojny. Od razu zdał sobie sprawę, że musi komus grozić niebezpieczeństwo. - Kto tu? - zawołał. Posunał się naprzód kilka kroków i poczuł, że ziemia pod nogami zaczyna się uginać. Teraz wszystko zrozumiał. Nie zastanawiajac się, że sam się naraża na niebezpieczeństwo, rzucił się przed siebie w ciemnosć. Grzazki grunt lekko się rozstapił i proboszcz po kolana zapadł się w błoto. Ale już przy sobie, zaledwie o parę metrów, słyszał rzężenie człowieka, oddech przyspieszony, wcisnięty gdzies nisko, jak gdyby ze dna głębokiej przepasci wychodzacy. W tej chwili na nowo zerwał się wiatr. Gwałtownym kłębem runał z wysoka. Zafalowało powietrze. Ksiadz Siecheń, wykrzykujac jakies słowa krótkie i urywane, przechylił się i nagle, gdy wydało mu się, że zapada się w mroczna głab, uczuł pod palcami zacisnięta dłoń. Schwycił ja, już ramiona tamtego człowieka trzymał w swoich ramionach, przyciagnał je, poderwał, jakby dzwignać chciał ogromny głaz. Mysl proboszcza pracowała równo i spokojnie. Zdawał sobie sprawę, że od tej jednej minuty zależeć będzie nie tylko życie tamtego człowieka, lecz i jego własne. Ta swiadomosć dodała mu sił. Czuł, że siła o jaka siebie nawet nie podejrzewał, wstępuje w niego i na wskros przenika. Z odległosci czasu nigdy nie zdoła sobie przypomnieć, w jaki sposób udało mu się tego przypadkowo spotkanego mężczyznę uratować. Pozostanie mu jedynie w wyobrazni ciemnosć, a w niej okrutny ciężar obcego ciała, które przyciagał ku sobie kurczowym naprężeniem muskułów. Miał wrażenie w tej chwili, jak gdyby zwarł się z nieubłaganym wrogiem, jak gdyby od tego, czy zwycięży, czy pozwoli się pokonać, zależało nie tylko życie, lecz cos o wiele większego. Z poczatku Morawiec był zbyt oszołomiony zjawieniem się nieoczekiwanego zbawcy, aby dopomóc jego wysiłkom. Gdy jednak uczuł, że ciężar bagna usuwa się powoli z piersi, wyprężył się instynktownie, mocniej przywarł do obejmujacych go ramion. I tak przycisnięci do siebie, złaczeni jednym oddechem i jednym drżeniem, walczyli zaciekle, w skupionym milczeniu. Ksiadz Siecheń poczuł wyraznie pod nogami grunt. Wparł się w niego mocno. Odetchnał. Tamten za to w ostatniej chwili osłabł. Głowa opadła mu bezsilnie, ramiona zwiotczały. Proboszcz pociagnał go za soba jeszcze kilka kroków. Znajdowali się już w lesie. Ostrożnie więc, jakby miał do czynienia z chorym dzieckiem, ułożył mężczyznę na suchej ziemi. Morawiec leżał bez ruchu. Ogarnęła go niemoc podobna tej, która naszła go przed godzina w szałasie. Ciało miał skostniałe, oblepione błotem, mimo to czuł w sobie palace bolesne goraco. Szumiało mu w głowie. „Mam goraczkę” - pomyslał. Nagle wydało mu się, że człowiek, który go uratował, odszedł. Zaniepokojony, podzwignał głowę. Ksiadz Siecheń, usłyszawszy szmer, przyklęknał. Morawiec uspokoił się. Z powrotem oparł głowę o ziemię
http://zaklady-bukmacherskie.com.pl Zarabianie W Domu Usługi internetowe Marketing bezpo¶redni Polski serwis o jquery
Nagrzewnice, Klimatyzacja
Strona główna » Szczegóły wpisu:






Osadzone: Internet » Agencja interaktywna

Veneo Agencja Interaktywna - nasze usługi to budowa serwisów www, prezentacje multimedialne, pozycjonowanie